czwartek, 8 stycznia 2009

Reign In Blood

- Def Jam Records, 1986

Rok 1986 był chyba rokiem przełomowym dla światowego thrash metalu. Kreator ze swoim Pleasure To Kill, trzeci gigant Metalliki no i wreszcie Slayer. 23 lata temu Amerykanie opuścili szeregi Metal Blade i podjęli współpracę z wytwórnią zwaną Def Jam. Po czym rozpętało się piekło. 7 października 1986 roku zespół wydał na świat swój trzeci studyjny album - Reign In Blood, którego producentem był Rick Rubin. Reign In Blood jest niewątpliwie bardziej dopracowany technicznie, od dwóch wcześniejszych krążków. Album ma zdecydowanie lepsze brzmienie. Potężną rolę odgrywa tu perkusja. Na tym wydaniu Dave gra swobodniej z rozmachem i w zawrotnie szybkim tempie. Bębny nie są wcale gorsze od siarczystych gitar. Nie oceniaj płyty po okładce? A dlaczego nie? Pomordowani ludzie w morzu krwi, a wśród nich siedzący na tronie kozioł – przywódca wykonujący hitlerowski gest. Proste, banalne a zarazem dzikie, porywające i jakże zachęcające. Pikczer świetnie oddaje klimat płyty. Kupuję bez dwóch zdań. Jak zmieścić Szatana w zaledwie 28 minutach? Otóż Slayer nie bawi się w smętne, depresyjne balladki dla piszczących panienek. To największe plugastwo i zgroza thrashowego rynku. Nie ma u nich miejsca na cukierkową kokieterię i zbędne ozdobniki. Album wpędza w kompleksy niejednego amatora. Słuchasz tej płyty i masz wrażenie, że jesteś na imprezie u samego Lucyfera. To arcydzieło, dziesięć fenomenalnych kompozycji!
Na 'dzień dobry' dostajemy kopa w dupę od 'Anioła Śmierci ', pozwolę sobie powiedzieć, że jest to najwybitniejsze dzieło w historii zespołu. W tym właśnie kawałku pan Lombardo udowodnił swoją potęgę. Niemiłosiernie szybkie tempo garów, gitary tnące ucho niczym żylety i wokal bestii niszczą wszystkich. Sam tekst Angel Of Death to, opowieść o zbrodniach Josefa Mengele w Oświęcimiu. Kolejny karkołomny numer to Piece By Piece. Utwór tak zdominowany przez perkusję Dave'a, że zabrakło w nim miejsca na chociażby jedno porządne solo gitarowe. Bohaterem tej 'powieści' jest morderca - kanibal. Trójeczka? Necrophobic! Ostre napieprzanie. Jednym słowem rzeźnia, której tekst oddaje wszystko. Mowa tu o sposobach pozbawiania życia tj. krzesło elektryczne, uduszenie czy wykrwawienie. Nie polecam słuchaczom o słabszych nerwach. Kolejne cudo to, Altar Of Sacrifice. Ach.. dziki, niezwykle dynamiczny kawałek z genialnymi przejściami. Chylę czoła! W środku spotykamy się z utworem skromnie nazwanym - Jesus Saves. Jak na Toma i jego załogę utwór zaczyna się spokojnie. Wolno się rozkręca, ale miłe złego początki. W połowie utworu czeka na nas prawdziwa burza z piorunami. Gitary Hanneman'a i King'a miażdżą mi mózg. Criminally Insane, ballada? Wypluj te słowa! Nic bardziej mylnego. Melancholijny wstęp to wejście do lochu. Prawdziwa gra na emocjach. Zmiany nastroju, mięsiste gitary i drapieżny wokal. Araya, w pełnej klasie, pokazał co potrafi. Szczęśliwa siódemka – Reborn. Powiem tak, utwór muzycznie nie porwał mnie jakoś specjalnie, ale.. tekst jest niemałym atutem kompozycji. Wiedźma spalona na stosie? Wielkie tak! Bardzo lubię te klimaty. Może mam coś z czarownicy? Epidemic czyli rzecz o zarazie, która liczy zaledwie 2 minuty i 23 sekundy. Godne podziwu. Next – Postmortem, Ubóstwiam kolegę Lombardo w tym sznycie . Padam na kolana i całuję stopy! Co prawda materiał pozbawiony solówek, ale za to Tomasz znowu popisał się niebanalnym wokalem. Momentami skrzeczy tak dziko, że mam wrażenie jakby siedział w tyłku władcy piekieł, ha! Raining Blood zamyka nam Biblię. Słyszycie odgłosy burzy i deszczu? Kapitalny motyw, który wprowadza słuchacza chyba w najpopularniejszy riff w historii thrashu. Wybitne! Kawałek mknie w tak zabójczym tempie, że prędkość światła (c =299792458 m/s), to przy tym pryszcz na nosie.
Reign In Blood to, doskonałe żonglowanie tematami tabu: śmiercią, piekłem bólem, przemocą, bestialstwem. Płyta wywołała ogromne kontrowersje, w niektórych krajach zabroniono nawet sprzedawania jej osobom nieletnim. A zespół oskarżono o rasizm i sympatie faszystowskie. Sam Araya mówi jednak, że płyta nie jest gloryfikacją okrucieństwa. Ma tylko pokazać do jakiej podłości może posunąć się człowiek. Album ten jest obowiązkiem każdego szanującego się 'metala' A band ma wtyki w klubie Belzebuba bez kitu.
Ponieważ to wydanie zawsze zmniejsza mnie do rozmiarów wirusa komputerowego, pozostawię go bez oceny.

Kerry King – sześciostrunowa gitara elektryczna
Jeff Hanneman – sześciostrunowa gitara elektryczna
Tom Araya – czterostrunowa gitara basowa, wokal
Dave Lombardo – perkusja

Brak komentarzy: